GRUZJA 2015

Temat związany z Gruzją zaczął się mniej więcej tydzień, może dwa tygodnie, po moim powrocie z Islandii. Zadzwonił do mnie wtedy, mój dobry znajomy z zachodniego pomorza podpytać jak było, umówić się może na jakieś spotkanie w celu obejrzeniu zdjęć etc. etc. Od słowa do słowa, wyszło, że termin, w którym ewentualnie mógłbym go odwiedzić, zbiegł się z jego planami wyjazdowymi właśnie do Gruzji. Planował męski wyjazd ze swoim ojcem. Dostawszy propozycję wzięcia udziału w tym krótkim, lecz męskim wypadzie, długo się nie zastanawiałem. Argumenty takie jak: dobra kuchnia, piękny kraj, moc atrakcji i świetne towarzystwo, nie musiały mnie długo przekonywać.

Warto też poświęcić kilka słów, odnośnie planowania wyjazdu do Gruzji

Plan był prosty. Przede wszystkim dobra zabawa, wydać jak najmniej (to się nie udało koniec końców), zobaczyć i spróbować jak najwięcej. Oczywiście planowanie rozpoczęliśmy od wyszukania możliwie najkorzystniejszych połączeń lotniczych, a takie oferował węgierski WizzAir. Bez przesiadek z warszawskiego Okęcia, prosto do gruzińskiego Kutaisi. Skoro znaleźliśmy przewoźnika, to nastał czas na wybranie dokładnego terminu. Padło na wylot z Polski dnia 22.03.2015 r., a powrót zaplanowany był na dzień 25.032015 r. Mając już zarezerwowane przeloty przyszedł czas na zastanowienie się nad tym, co chcielibyśmy w tej Gruzji zobaczyć, pamiętając o tym by zbytnio do planów się nie przywiązywać a wprowadzić więcej spontaniczności. To co wiedzieliśmy po kilku dniach to to, że chcemy na chwilę zawitać do Tbilisi, a możliwie najwięcej czasu poświęcić na Kazbegi i prowadzącą do tej miejscowości Drogę Wojenną. Pojawiło się więc pytanie, jak dostać się z lotniska w Kutaisi do Tbilisi. Lądowaliśmy w Gruzji o 21:40 i stanęliśmy przed wyborem pomiędzy marszrutkami, taksówkami a gruzińską kuszetką. Marszrutki czy taksówki co wiadome, byłyby najszybciej na miejscu, ale wymagałoby to od nas albo szukania noclegu w środku nocy, albo wcześniejszego bookowania, czego chcieliśmy uniknąć, nie wiedząc tak na prawdę ile gdzie zabawimy. Zarezerwowaliśmy więc miejsca w kuszetce Georgian Railways z Samtredi, oddalonej około 17 km od lotniska w Kutaisi. Bilety można rezerwować na stronie railway.ge.

Reasumując, mieliśmy zaplanowany przelot  do Kutaisi, transfer do Tblisi i mniej więcej naszkicowane co chcielibyśmy zobaczyć. Jak to wszyło? Zobaczycie w dalszej części.

GRUZJA – dzień 1 – przylot.

Nastał w końcu dzień wyjazdu do Gruzji! Wylot mieliśmy o 15:25 więc specjalnie skoro świt zrywać się nie musiałem. Z racji tego, że mieliśmy podróżować tylko z plecakami i nie wykupiliśmy dodatkowych sztuk bagaży, to też nie trzeba było się specjalnie długo pakować. Na lotnisku byłem jeszcze przed 13, odprawa była bardzo szybka i sprawna i dosłownie po kilkunastu minutach przekroczyłem granicę i spotkałem się z towarzyszami podróży, którzy już na mnie czekali. Czas oczekiwania na odlot, wykorzystaliśmy rzecz jasna na zakupienie małego co nie co do kuszetki oraz usiedliśmy przy piwku rozmyślając co zrobimy pierwszego dnia w Gruzji. Plany się nieco zmieniały przez prognozowaną pogodę, która jasno dawała znać, że nie ma sensu większości wyjazdu poświęcać na Kazbegi, skoro zapowiadane są mgły, deszcze i wiatry… Stanęło na tym, że dojedziemy do Tbilisi i zobaczymy co dalej.

DSC01091

Lot minął bardzo spokojnie i płyty lotniska w Kutaisi dotknęliśmy zgodnie z planem. Lotnisko jest bardziej kameralne, z samolotu schodzi się bezpośrednio na płytę lotniska i spacerem idzie do hali przylotów, gdzie kontrolowane są paszporty/dowody osobiste i odbiera się bagaże. Gdy tylko przeszliśmy strefę graniczną, od razu rzucili się na nas kierowcy taksówek i marszrutek, oferujący nam transfery to do Batumi, to do Tbilisi, do Kutaisi, dokąd tylko zechcemy. Z punktu informacji turystycznej nabraliśmy ulotek i wyszliśmy z hali przylotów by złapać trochę świeżego powietrza i zorganizować sobie transfer do Samtredi, skąd miała odjeżdżać nasza kuszetka do Tbilisi. Taksówką do dworca jechaliśmy około 10-15 minut i kosztowało to DSC01088nas po 5 gruzińskich Lari. Wieczorem po przylocie, rzecz jasna mieliśmy ochotę coś  zjeść. Pokręciliśmy się chwilę w okolicach dworca ale miasteczko przypominało raczej miasto widmo. Kilka działających latarni, na dworcu w kasie 1 osoba, 1 osoba śpiąca  w kiosku z papierosami i to byłoby na tyle… Na szczęście trafił się jakiś bardziej lokalny taksówkarz, który zaoferował nam, że zabierze nas do pobliskiej, działającej 24h knajpy i odbierze na o północy by zawieźć nas potem na dworzec.

Knajpka piękna, wszystko z kamienia i drewna ale pusto…. nie było tam nikogo poza obsługą liczącą o tej godzinie aż 6 pań. To też już kilka chwil od zamówienia mieliśmy podane do stołu tradycyjne chinkali z mięsem, chaczapuri oraz gruzińskie piwo. Zgodnie z ustaleniami, taksówkarz przyjechał po nas o północy i zabrał na dworzec. Na dworcu czekała już nasza kuszetka, musieliśmy tylko poczekać na przyłączenie naszego wagonu. Kuszetka sama w sobie no cóż… ponoć mieliśmy i tak wykupiony „modern wagon” ale w rzeczywistości nie różnił się on od innych. Stan ciężko mi do czegoś porównać… Na pewno plusem była świeża pościel, zaś największym minusem toaleta. Pociąg ruszył o czasie, czyli o 00:30. Usiedliśmy w swoim przedziale, planując poranek oraz smakując dobra zakupione na naszej strefie bezcłowej.

GRUZJA – dzień 2 – Tbilisi, Msccheta, Gori, Uplisciche.

Wstaliśmy około 6 rano, lekko zmęczeni podróżą i nie tylko. Wzięliśmy swoje manatki, wyszliśmy z przedziału, gdyż lada moment powinniśmy dotrzeć do stacji w Tbilisi. Za oknem panowała typowa poranna szaruga. Pociąg się zatrzymał, wyskoczyliśmy z niego i…

… i w sumie nie wiedzieliśmy co dalej. Poszliśmy za tłumem do jakiegoś mało wyględnego budynku, w którym okazało się, że jest stacja metra. Zakupiliśmy bilet i ruszyliśmy w drogę na stację Rustaveli Avenue, która według wszelkich podpowiedzi policjantów, znajduje się w samym centrum Tbilisi. Podpowiedzieli dobrze.

Aleja Rustawelego jest najdłuższą, liczącą około 1,5 kilometra ulicą Tbilisi, ale o 7 rano nie było w ogóle tego widać. Ulica była jakby wymarła. Samochodów nie było widać, ludzi również. Kompletna cisza i spokój. Nawet restauracja znanej amerykańskiej sieci typu fast food, została otwarta dopiero o 8 rano co u nas byłoby chyba nie do pomyślenia. Aleja zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie. Czysto, zadbane kwietniki, odrestaurowane budynki wzdłuż alei. Po porannej kawie zaczęliśmy szukać jakiegoś noclegu spacerując wzdłuż wspomnianej już alei. Po niespełna 30 minutach znaleźliśmy kwaterę, dosłownie jakieś 100-200 metrów od stacji metra, z której wyszliśmy niespełna 1,5h wcześniej. Poniżej fotka alei o poranku. 

DSC01126

Pani, u której wynajęliśmy pokój dla naszej trójki, podpowiedziała nam co można ciekawego zobaczyć w samym Tbilisi oraz jego okolicach. Zapoznała nas też ze swoim sąsiadem, który jest kierowcą do wynajęcia. I tak oto pierwszego dnia, zdecydowaliśmy się wykupić u niego mini objazd, na którego trasie znalazły się takie miejsca jak Msccheta, Gori i Uplisciche. Po niespełna godzinie ruszyliśmy w drogę!

Pierwszym przystankiem na trasie był prawosławny Monastyr Dżwari (Monastyr Krzyża), górujący nad położonym nieopodal miastem Msccheta. Klasztor został wybudowany w latach 586-605. Dżwari jest czteroapsydową świątynią. Jest to typowy, bardzo popularny styl architektoniczny dla Południowego Kaukazu. Z wzgórza roztacza się piękna panorama na Mscchettę i okolicę. Poniżej zdjęcia.

DSC01152

DSC01161

DSC01174

Spod monastyru udaliśmy się do Gori, w którym główną atrakcją przewidzianą dla nas, było zwiedzanie muzeum Józefa Stalina. Gori jest rodzinnym miastem Stalina, a jego rodzinny dom, w którym mieszkał od urodzenia do 1883 roku stoi w dalszym ciągu i jest swojego rodzaju eksponatem, należącym do muzeum. Wstęp do muzeum to koszt 15 Lari, który uwzględnia zwiedzanie budynku głównego muzeum, zwiedzanie oryginalnego wagonu należącego do Józefa Stalina, oraz możliwość obejrzenia wnętrza jego domu. Kim był Józef Stalin dla całej Europy, a w szczególności jej wschodniej części to każdy wie. Nie mniej jednak z całą pewnością warto wybrać się do muzeum, które wbrew moim oczekiwaniom jest dość obszerne i posiada wiele eksponatów, w tym sporo związanych z Polską. Na pewno duże wrażenie zrobił na nas wagon, w którym było wszystko co znajduje się w normalnych mieszkaniach.

DSC01227

DSC01198

Po zwiedzeniu muzeum wyruszyliśmy z stronę Uplisciche, starożytnego skalnego miasta, które zlokalizowane jest nad rzeką Kura, około 10 kilometrów od Gori. Powstanie miasta datuje się na V w.p.n.e a rozwój trwał mniej więcej do późnego średniowiecza. Miasto samo w sobie jest mieszaniną wpływów Anatolii oraz Iranu, widać tam wpływy kultury zarówno chrześcijańskiej jak i pogańskiej. Uplisciche uważane jest za jedną z najstarszych osad w Gruzji. Z racji strategicznego położenia (skalisty i wysoki brzeg rzeki) miasto często pełniło rolę twierdzy i schronienia dla mieszkańców. Miasto robi ogromne wrażenie, widoki z niego na okolicę zapierają dech w piersiach a do tego, mieliśmy na tyle szczęścia, że byliśmy tam praktycznie sami!

DSC01273

DSC01246

Ostatnim punktem tego jednodniowego objazdu było miasto Msccheta, które jest jednym z najstarszych miast Gruzji. Msccheta przez wieki była stolicą kraju, dopiero w V w.n.e. stolica została przeniesiona do Tbilisi. Z uwagi na fakt, że chrześcijaństwo zostało przyjęte przez Gruzję, jeszcze gdy jej stolicą była Msccheta, po dziś dzień jest ona siedzibą najwyższych władz kościelnych kraju. Najważniejszym zabytkiem miasta jest kościół katedralny Sweti Cchoweli, który w raz z innymi zabytkami wpisany został na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Katedra powstawała w latach 1010-1029. Przez stulecia to właśnie w tej katedrze koronowano królów gruzińskich, była ona też miejscem ich wiecznego spoczynku. Poniżej fotografia katedry.

DSC01335

Po Mscchettcie udaliśmy się w 20-kilometrową drogę powrotną do Tbilisi gdzie wieczorem pokręciliśmy się chwilę po alei Rustawelego aby na koniec męczącego dnia skosztować gruzińskich specjałów i uraczyć się gruzińskim piwem!

GRUZJA – dzień 3 – Tbilisi.

Trzeci dzień pobytu w Gruzji w całości poświęcony był Tbilisi.

Stolicą Gruzji już od 1500 lat jest Tbilisi, które według większości źródeł zamieszkuje około 1,3 miliona mieszkańców, jednak sami Gruzini w czasie rozmowy na temat miasta i jej mieszkańców, wymieniają zdecydowanie częściej liczbę bliską 2-2,5 miliona mieszkańców, co stanowi ponad połowę całej populacji Gruzji. I komu tu wierzyć? Najlepiej chyba to po prostu wypośrodkować. Nie mniej jednak, Tbilisi jest największym i najludniejszym miastem w kraju, metropolią, często przypominającą zachodnie miasta. Wracając do rozmów z Gruzinami, wszyscy wymieniają Tbilisi jako najpiękniejsze i najatrakcyjniejsze miasto w całej Gruzji. Nie ma się co dziwić, że obywateli Gruzji ciągnie do Tbilisi. Zgodnie z opiniami, które słyszeliśmy na miejscu, około 50% ludzi w Gruzji nie ma pracy, a Tbilisi jako główny ośrodek kulturalny i przemysłowy kraju przyciąga do siebie wizją upragnionej pracy.

Dzień rozpoczęliśmy od spaceru wzdłuż alei Szoty Rustawelego (Rustawelis Gamziri) w stronę Placu Wolności (Tawisuplebis Moedani). Idąc aleją podziwiać można stare, zdobione, kolorowe kamienice oraz wiele ważnych zabytków między innymi kościół Kaszweti (fot. poniżej) czy Gruzińskie Muzeum Narodowe. Wzdłuż alei rozkładają się handlarze oferujący w zasadzie wszystko co się da, począwszy od zwykłych pamiątek, a skończywszy na bardzo starych książkach. Ktoś kto wybierze się do Gruzji z bagażem,  w przeciwieństwie do nas, z całą pewnością znajdzie coś ciekawego dla siebie. Można tam również zakupić obrazy, zabytkowe przedmioty codziennego użytku czy też biżuterię. 

DSC01359

Do Placu Wolności doszliśmy po jakiś 15-20 minutach, spokojnego spaceru. Dochodząc do placu, pierwsze co rzuca się w oczy to monumentalna kolumna, której zwieńczenie zdobi złota postać św. Jerzego (fot. poniżej). Jeszcze do 1991 roku, w miejscu kolumny stał pomnik Lenina, a sam plac swoją nazwę wtedy zawdzięczał właśnie niemu. W tle, tuż za kolumną stoi piękny ratusz miejski. Plac Wolności jest bardzo ważnym miejscem dla Gruzinów. To właśnie na nim odbywają się różnorodne manifestacje oraz obchody rocznicowe.

DSC01362

Z Placu Wolności odbiliśmy w lewo w stronę Starego Miasta, z którego dostaliśmy się do futurystycznego Mostu Pokoju (fot. poniżej). Przez jednych most ten nazywany jest również Mostem Wolności, inni zaś, prześmiewczo porównują go do podpaski. Po drodze, przy barze Warszawa, zaopatrzyliśmy się u handlującej Pani, różnej maści aromatycznych mieszanek przypraw. Przeprawa udostępniona jest tylko i wyłącznie dla spacerowiczów, nie ma tam samochodów, motorów czy skuterów. Most, który powstał w 2010 roku ma długość 150 metrów i łączy ze sobą Stare Miasto z Parkiem Europejskim, który wchodzi w skład już bardziej nowoczesnej dzielnicy miasta. Śmiało można powiedzieć, że most ten łączy dwa różne światy. Przed wejściem na most zakupiliśmy sobie u handlarza gruzińskie snickersy (Churchkhela – fot. niżej) czyli nawinięte na nitkę orzechy, zamoczone w masie winogronowej i wysuszone. 

DSC01391DSC01398

W Parku Europejskim zatrzymaliśmy się na chwilkę aby odpocząć w miłym otoczeniu. Z parku wyrusza kolejka linowa do Twierdzy Narikala położonej na górującym nad miastem, potężnym wzgórzu Sololaki. Warto zdecydować się na wjazd wspomnianą kolejką. Dzięki temu można podziwiać panoramę miasta prawie jak z lotu ptaka! Biorąc pod uwagę pierwotną konstrukcję to do dnia dzisiejszego przetrwało nie wiele. Nie mniej jednak, twierdza wygląda imponująco! Nieopodal twierdzy, również na Sololaki wznosi się 20-metrowy, monumentalny posąg Matki Gruzji (Kartlis Deda), wzniesiony w 1958 roku z okazji 1500-lecia miasta. Matka Gruzja trzymająca w jednej dłoni wino, a w drugiej miecz, jest swojego rodzaju symbolem DSC01471miasta. Winem wita przyjaciół, zaś mieczem wrogów. 

Z wzgórza schodziliśmy w dół pieszo co doprowadziło nas w mniej turystyczny region miasta, gdzie ku naszej uciesze natrafiliśmy po drodze na kilka sklepów, gdzie każdy z nas obkupił się, czy to w kawior czy w prawdziwą gruzińską herbatę. Dzień zakończyliśmy przy obficie zastawionym stole w knajpie przy alei Rustawelego.

GRUZJA – dzień 4 – Kazbegi i powrót.

Ostatniego dnia naszego wyjazdu do Gruzji mieliśmy wyruszyć do miasta Stepancminda (dawniej Kazbegi) aby zobaczyć rozsławiony prawosławny klasztor Cminda Sameba, nad którym góruje szczyt Kazbek. Wyruszyliśmy skoro świt, gdyż tego samego dnia wieczorem mieliśmy samolot powrotny z Kutaisi do Warszawy, więc czekała nas naprawdę długa droga. 

Z Tbilisi do Stepancminy jest około 150 kilometrów. Jechaliśmy tam słynną Gruzińską Drogą Wojenną, która jest głównym szlakiem przechodzącym w poprzek Wielkiego Kaukazu. Szlak swoją nazwę zawdzięcza dziewiętnastowiecznej modernizacji przeprowadzonej przez Rosję, dzięki czemu trasa umożliwiała im szybki przerzut wojska w czasie wojny w Czeczenii i Dagestanie. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę przy twierdzy Ananuri, która położona jest około 66 km od Tbilisi, nad rzeką Aragwi. Twierdza pochodzi z przełomu XVI i XVII wieku. 

DSC01499

Kolejnym przystankiem na trasie było Gudauri, miasto położone na wysokości 2200 m.n.p.m. Dzisiejszy kurort narciarski, był kiedyś tylko stacją pocztową położoną przy drodze wojennej gdzie dyliżanse i carscy kurierzy wymieniali konie. Rozwój miasta nastąpił w latach 80-tych, jeszcze za panowania ZSRR, kiedy to ściągnięto tam austriackich inwestorów, którzy wybudowali hotele, wyciągi i nartostrady. Najlepsze było to, że dnia poprzedniego w Tbilisi, chodziliśmy w samych t-shirtach, było ciepło i słonecznie, zaś w Gudauri temperatura była nieco poniżej zera i leżało od groma śniegu. 

DSC01536

Z Gudauri wyruszyliśmy w stronę Kazbegi zatrzymując się jeszcze na chwilkę przy monumentalnym pomniku przyjaźni gruzińśko-radzieckiej, który sam w sobie jest świetnym punktem widokowym.

DSC01544

Tak jak do tej pory, jechało nam się znakomicie. Mało samochodów po drodze i świetne warunki pogodowe. Niestety szczęście przestało nam dopisywać i po przejechaniu kilku kilometrów natrafiliśmy na policyjną blokadę. Okazało się, że owa trasa jest uczęszczana przez tiry jadące z Rosji a przez opady śniegu, wprowadzono w kilku punktach ruch wahadłowy aby ciężarówki mogły spokojnie przejechać. Czas mijał nieubłaganie, a my co chwilę gdzieś musieliśmy się zatrzymywać by poczekać aż auta  w drugą stronę na spokojnie przejadą. Z dużym opóźnieniem, bo około 2 godzinnym dotarliśmy do Stepancmindy. Do kościoła Cminda Sameba chcieliśmy dojść pieszo, jednak czasu mieliśmy mało, więc doszliśmy do wniosku, że najlepiej byłoby wynająć jeepa, którym nas tam dowiozą. Niestety okazało się, że nikt nie jest w stanie nas tam zawieźć, ponieważ trasa jest oblodzona i jeepy sobie nie poradzą. Trochę nas to zaskoczyło, bo akurat tam, śniegu było mało. Jedyne z czego mogliśmy skorzystać, to z krótkiej podwózki do miejsca gdzie zaczyna się trasa na wzgórze, na którym stoi kościół. Tak więc zaoszczędziliśmy jakieś 20 minut w dwie strony… Od momentu kiedy zostaliśmy wysadzeni na początku trasy, mieliśmy dokładnie półtorej godziny aby wejść na górę, porobić zdjęcia i zejść do miejsca zbiórki. Kierowca, który nas podwoził, polecił nam abyśmy nie trzymali się szlaku, tylko wchodzili prosto do celu, najkrótszą drogą. Droga faktycznie była krótsza, lecz była dość trudna, miejscami oblodzona, czasami pokryta śniegiem lub błotem. Musieliśmy się wspinać, trzymając się drzew, czasami na czworaka. Koniec końców udało nam się dotrzeć do celu, i poniżej prezentuję to co ukazało się naszym oczom. 

DSC01587

DSC01580

DSC01591

Po nasyceniu naszych oczu wspaniałymi widokami zaczęliśmy schodzić na dół. Wybraliśmy chyba możliwie najbardziej stromą trasę, więc to zejście przypominało bardziej turlanie się na dół, ale przynajmniej było wesoło. Zejście dało nam w kość znacznie bardziej niż wejście na górę, a dobił nas widok miejscowego popa, który z gracją kozy po prostu zbiegł sobie z góry tą samą trasą co my. Po zejściu i chwili odpoczynku, wsiedliśmy do auta i udaliśmy się w ponad 300 kilometrową trasę na lotnisko w Kutaisi. Po drodze kilkukrotnie utknęliśmy w korkach, związanych z wspomnianymi wcześniej, wahadłowymi przeprawami. Koniec końców, wycieńczeni całym dniem, i zestresowani tym, że możemy nie zdążyć na samolot powrotny, dojechaliśmy na lotnisko w ostatniej chwili. Tym samym nasza krótka przygoda z Gruzją, dobiegła końca.

Więcej zdjęć z tego wyjazdu znajdziecie w Galerii

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz